Niezbędnik przedwyborczy: jak nie dać sobą manipulować

Na nasze postrzeganie rzeczywistości składa się szereg procesów. Często nie zdajemy sobie sprawy nie tylko ze współczesnych mechanizmów oddziaływania informacyjnego i psychologicznego, ale i z faktu, że sami mamy złe nawyki korzystania z informacji. Polegając wyłącznie na tych samych źródłach, zwłaszcza wyprofilowanych ideologicznie, ułatwiamy algorytmom w sieci podsuwanie nam treści, które z czasem składają się na naszą własną bańkę informacyjną, zakłócając naszą percepcję. To, wraz z szeregiem mechanizmów psychologicznych, których nie zawsze jesteśmy świadomi, przekłada się nie tylko na nasze zachowania wyborcze, ale i wiele innych decyzji.

 Wybrane błędy poznawcze

Jednym z największych błędów poznawczych jest przekonanie, że jesteśmy bardziej odporni na manipulację, niż inni. Iluzja asymetrycznego wglądu (tj. przekonanie, że wiemy więcej o innych, niż oni o nas) sprawia, że ufamy naszym sądom i traktujemy oddziaływania informacyjne jako zagrożenie, które nas nie dotyczy. Jest to bardzo korzystne dla tych, którzy chcą na nas wpłynąć – czujność zdecydowanej większości społeczeństwa jest uśpiona.

Co więcej jako jednostki przebywamy w różnych środowiskach, z którymi się wiążemy czy utożsamiamy. W sposób naturalny oceniamy naszą grupę pozytywniej niż inne (efekt grupy, efekt jednorodności grupy obcej), co prowadzi do tego, że osoby o innych poglądach częściej będziemy oceniać bardziej krytycznie, utwierdzając się tym samym mocniej w naszych poglądach. Nieprzychylnie patrzymy też na argumenty sprzeczne z naszymi przekonaniami i lubimy dobierać argumenty „pod tezę”. Warto jednak zwrócić uwagę, że ten błąd, ale i wiele zjawisk związanych z oddziaływaniami informacyjnymi, mają wyłącznie nazwę angielską lub nie funkcjonują w szerszej świadomości społecznej. Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której znajduje się każdy odbiorca informacji w Polsce – mamy rozmawiać o błędach naszej percepcji bez mentalnego leksykonu.

Idąc jednak dalej, pojawia się też efekt zaprzeczania. Algorytmy i nasza natura ludzka sprawiają, że „grawitujemy” do grup, w których osoby podzielają nasze poglądy i nawet te najrzadsze mogą nam się wydawać powszechne i poparte sensowną argumentacją. Odpowiedzmy sobie szczerze na pytanie, ilu z nas czyta różnorodną prasę, by nie być niewolnikiem jednego obrazu świata? Ilu z nas ukryło z przestrzeni wirtualnej osoby, które prezentowały inne poglądy niż nasze?

Z kolei efekt potwierdzenia sprawia, że nawet mało istotne fakty umacniają nas w naszych poglądach. Tak oto news, który pojawił się na naszej tablicy w mediach społecznościowych może nas utwierdzić w błędnym przekonaniu i uśpić krytyczne myślenie.

Warto też zwrócić uwagę na efekt skupienia – przywiązujemy często ogromną wagę do jakiegoś szczegółu, zapominając o szerokim kontekście lub samej istocie sprawy. Chociaż śmiejemy się czasem z osób, które upierają się, że widać na toście twarz Elvisa Presleya albo sceptycznie podchodzimy do przesądów, to jednak łatwo uwierzyć nam, że zjawiska częściej nagłaśniane mogą świadczyć o statystycznej istotności zjawiska. Cel może być inny – ktoś chce w nas wywołać określone emocje i przykładowo zbudować w nas przekonania, które nas zachęcą do określonego zachowania. Nie myślimy o tym, gdy po raz kolejny widzimy podobne treści np. na Facebooku, mimo że zostały one wyselekcjonowane na podstawie naszych wcześniejszych zachowań w sieci.

Do tego dochodzi ignorowanie prawdopodobieństwa. W niepewnych okolicznościach łatwiej jest odwoływać się do tego, co jest nam znane. Z tego powodu budowanie w nas nowych obaw jest bardzo skuteczną strategią manipulacji. Nawet jeśli nowe zagrożenie jest mało realne czy dużo mniej brzemienne w skutkach, nasz strach może sprawić, że podejmiemy określoną decyzję (np. podczas wyborów) wbrew naszym własnym interesom.

W 1985 roku Robert P. Vallone, Lee Ross oraz Mark R. Lepper (zbieżność nazwisk przypadkowa) przeprowadzili badanie, które wykazało istnienie zjawiska nazwanego zjawiskiem wrogich mediów. Oznacza to, że odczytujemy jako wrogie nawet neutralne wiadomości, jeśli kłócą się z naszymi poglądami. Ułatwia to zwiększanie polaryzacji społecznej aktorom wewnętrznym i zewnętrznym w każdym państwie.

Dalej mamy efekt wspierania decyzji. Trudno nam się przyznać, że wybraliśmy źle i możemy preparować coraz to nowe preteksty i wymówki, by konsekwentnie trwać w czymś, co nam szkodzi. Można to porównać do trwania w relacji, gdzie pierwotne powody wejścia w związek zniknęły, a pojawiły się nowe, by nie wychodzić z ruchomych piasków zaangażowania. „Zakochujemy się” w naszych poglądach, co może nas skłaniać do oddania znowu głosu na kogoś, kto nas rozczarował. Przynależność do grup i forów może nas zacementować w określonym sposobie interpretowania zdarzeń i wytworzeniem sztywnych, skrajnie uproszczonych skrótów myślowych.

Wreszcie pozostaje nam błąd plamki ślepej. Polega on na tym, że wychodzimy z założenia, że tak jak inni się mogą mylić, tak my sami już nie. Ignorujemy bowiem fakt, że sami możemy paść ofiarą manipulacji czy błędnie coś ocenić. Sami jednocześnie nie jesteśmy w stanie zdiagnozować sytuacji, w której ów błąd mogliśmy popełnić, nie rozwijając naszych kompetencji intelektualnych, co tylko utwierdza nas dalej w przekonaniu o własnej nieomylności. 

Dopełnieniem błędów poznawczych pozostaje tzw. bańka informacyjna. Jest to stan, w którym funkcjonuje niemal każdy internauta. Wspierana jest przez nasze niebezpieczne nawyki, poddawanie się błędom poznawczym, ale i brak świadomości działania algorytmów, które w mediach społecznościowych, ale i innych serwisach podają nam treści dostosowywane do naszych wcześniejszych wyborów. W rezultacie mamy do czynienia z bardzo niebezpiecznym efektem, którego poniekąd sami jesteśmy współautorami. Ponieważ coraz więcej osób, zwłaszcza młodych, korzysta z mediów społecznościowych, a nie tych tradycyjnych, ten efekt jest coraz silniejszy i ma coraz poważniejsze konsekwencje. Nie tylko zdeformowany zostaje obraz konkretnych wydarzeń, ale i brakuje świadomości, że inni użytkownicy mogą dostawać nie tylko zupełnie inne informacje, ale nawet te same przedstawiane są im w inny sposób. Znajduje to przełożenie na wiele współczesnych zjawisk społecznych, jak nasilająca się polaryzacja. Bańki informacyjne można jednak redukować, chociażby poprzez weryfikowanie i rozszerzanie źródeł, na podstawie których opieramy nasze poglądy i poszerzanie wiedzy o świecie o inne, rzetelne źródła. 

Ewolucja środowiska informacyjnego i jej skutki 

Ilość informacji, która dociera do nas każdego dnia, jest tak duża, że w znacznym stopniu utrudnia, lub wręcz uniemożliwia, dokonywanie selekcji i oddzielanie ziarna od plew. Przyczyn jest wiele i należą do nich, rzecz jasna, błędy poznawcze – pamiętajmy, że nie pojawiły się w XXI wieku. Niemniej i w tym przypadku, tak jak w odniesieniu do innych procesów społecznych, działa zjawisko skali.  

Jeszcze w ubiegłym stuleciu Ryszard Kapuściński pisał, że rośnie „masa świata”, a jednocześnie spada możliwość jej kontrolowania. Słowa te padły jednak jeszcze zanim dokonał się, bezprecedensowy w historii ludzkości, skok technologiczny w dziedzinie tworzenia i dystrybuowania informacji – zgodnie z przewidywaniami Alvina i Heidi Tofflerów weszliśmy w informacyjną fazę rozwoju cywilizacji. Co ma swoje konsekwencje – zarówno negatywne, jak i pozytywne.  

W kontekście procesów politycznych, zatem również w kwestii wyborów, zasadną wydaje się teza, że przeważają konsekwencje negatywne. Jest tak dlatego, że wspomniana masa świata, także zjawiska społeczne, poddają się kontroli. Przynajmniej do pewnego stopnia. Paradoksalnie, ogólny i łatwy dostęp do informacji powinien, jak się wydaje, przekładać się na wzrost świadomości, poziomu wiedzy i ogólnego dobrostanu ludzkości. Efekt jest jednak odmienny.  

Po pierwsze, człowiek odbiera dziś w ciągu miesiąca więcej informacji z otoczenia (oraz dezinformacji  w sensie semiotycznym to też informacja) niż jego przodek kilkaset lat temu przez całe życie. Ten szum informacyjny sprawia, że pogłębia się tendencja do ekonomizacji myślenia, czyli swoistego filtrowania informacji – wszystkie błędy poznawcze wymienione wyżej (oraz szereg innych) odnajdziemy w tym procesie. Innym efektem jest właśnie zamykanie się w bańkach informacyjnych (zwanych też zresztą bańkami filtrującymi). Najkrócej rzecz ujmując, najchętniej przyjmujemy te informacje, które nam „pasują” – zgodnie z zasadą „mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem”.  

Po drugie, rewolucja technologiczna, zwłaszcza nowe media, sprawiła, że łatwo ten mechanizm wykorzystać – i tak jak w przypadku wielu nazw błędów poznawczych także tu powszechny jest termin anglojęzyczny – weaponization of information. Informacja jest bronią. Napoleon mawiał, że bardziej się boi trzech gazet niż trzech tysięcy bagnetów. To pokazuje, że nie jest to zjawisko nowe – (dez)informacja zawsze była wykorzystywana do osiągania określonych, partykularnych celów, także politycznych. Władcy, szpiedzy, prowokatorzy, wodzowie używali kłamstw, intryg, oszustwa jako instrumentów zdobywania/sprawowania władzy czy pokonania przeciwnika. W XX wieku pojawiły się film, telewizja, radio – ochoczo wykorzystywane zwłaszcza przed dyktatorów. Były to jednak tylko jedne z wielu instrumentów walki, wpływu i władzy.  

Zmieniła to epoka informacyjna przynosząc internet – rewolucyjna i bezprecedensowa zmiana polega na tym, że dzięki internetowi każdy może być jednocześnie nadawcą i odbiorcą informacji – co z jednej strony generuje zalew informacji, nader często zupełnie bezwartościowej, z drugiej pozwala na praktycznie nieograniczone manipulowanie opiniami i nastrojami. Konflikt, immanentna cecha rzeczywistości społecznej, toczy się dziś w cyberprzestrzeni. Jego stawką jest tu nie tylko „twarde” bezpieczeństwo informacyjne (np. zabezpieczenie infrastruktury krytycznej przed hakerami czy cyberprzestępcami), ale też, a może przede wszystkim, tzw. rząd dusz. Innymi słowy – wpływanie na jednostki i grupy społeczne w taki sposób, by te przyjęły pewne narracje za swoje (zazwyczaj w przekonaniu o słuszności swego postępowania) i, zgodnie z logiką funkcjonowania globalnej przestrzeni informacyjnej, multiplikowały je, tym samym dowodząc ich prawdziwości przez powszechność.  

To dzięki internetowi i nowym mediom amerykańska alternative right była w stanie sprawić, że społeczeństwo amerykańskie jest spolaryzowane jak nigdy dotąd, fundamentaliści islamscy zdobyli sobie zwolenników na całym świecie, a miliony ludzi uwierzyły, że Ziemia jest płaska oraz, że szczepionki powodują autyzm. Człowiek nieustannie bombardowany obrazami i informacjami jest w stanie uwierzyć w dowolną, zbudowaną z nich narrację. Zwłaszcza, jeśli nie jest w stanie (a rzadko jest) dostrzec manipulacji, polegającej na przykład na zestawieniu w jednym komunikacie prasowym prawdy (grupa imigrantów z Maghrebu przybyła do Europy), półprawdy (chodzi im tylko o „socjal”) i kłamstwa (zamordowali chrześcijańską rodzinę). Taki news bywa zilustrowany stosownie drastycznym, wywołującym emocje, zdjęciem, znalezionym zwykle gdzieś w internecie. Ponieważ jesteśmy istotami emocjonalnymi, a nie racjonalnymi, komponent emocjonalny docierających do nas informacji jest istotny, bo ma skłaniać nas do tego, byśmy ją w mediach społecznościowych czy tradycyjnych „polubili” i udostępnili dalej, w ten sposób upowszechniając daną narrację. Następnie algorytmy mediów społecznościowych będą nam sugerować podobne treści, z podobnych źródeł i od osób, które mają podobne poglądy. Tym samym zostajemy zamknięci w bańce informacyjnej. Bańki takie relatywnie łatwo tworzyć, stosując, znowu angielski termin tailored narration, czyli narrację „skrojoną” pod grupę odbiorców. Podręcznikowym już przykładem jest casus Cambridge Analytica (nie wspominając oczywiście o każdej kampanii reklamowej dowolnej marki i produktu – to w istocie podobny mechanizm). 

Co to wszystko ma wspólnego z wyborami?  

Tu nie chodzi już o standardową „kiełbasę wyborczą”. Problem jest znacznie poważniejszy – dzięki specyfice cyberprzestrzeni działając w sferze informacyjnej można wpływać na zachowania innych ludzi, grup, społeczeństw bez większego ryzyka, że tego rodzaju działania zostaną udowodnione. Czy nawet zauważone.  

Ciekawym przykładem są ostatnie wybory prezydenckie na Ukrainie – Rosja nie tyle popierała któregokolwiek z liczących się kandydatów, co działała na szkodę Petra Poroszenki, zdecydowanie antyrosyjskiego. Używano zatem, by ponownie odwołać się do anglojęzycznej terminologii, divisive content, czyli treści mających polaryzować i dzielić ludzi. W tym wypadku prowadzono narrację, przeciwstawiającą skorumpowane elity polityczne (zwłaszcza prezydenta i jego otoczenie) prostym ludziom, zmagającym się z trudami życia. Jak się okazuje, skutecznie: nawet niektórzy kandydaci i ich sztaby powielali rosyjskie memy, nie zdając sobie sprawy ze źródeł ich pochodzenia, a Poroszenko przegrał wybory w sposób tyleż spektakularny, co w znacznej mierze niezasłużony – negatywna kampania wobec niego zawierała bardzo wiele kłamstw, półprawd i mitów. I w niemałej mierze reżyserowana była w Rosji.  

Kontekst rosyjski 

Często różne środowiska, zwłaszcza te skrajnie prawicowe i lewicowe lub inne, głoszące narracje pokrywające się z rosyjską propagandą lub celami, krytycznie odnoszą się do oskarżania Kremla o wrogie działania informacyjne czy psychologiczne wobec Zachodu. Mało tego, zgodnie z linią rosyjskich władz tłumaczą, że to sam Zachód „prowokuje” Rosję. Warto więc podkreślić, dlaczego ów rosyjski kontekst jest ważny.  

To Rosja bardzo dobrze opanowała umiejętność prowadzenia działań w sferze informacyjnej w celu realizowania swoich celów i interesów. Jednym z kluczowych celów strategicznych Rosji jest osłabienie Zachodu i jego spójności. Na konkurowanie w jakiejkolwiek sferze ze zjednoczonym światem Zachodu Rosja jest bowiem za słaba i zdaje sobie z tego sprawę. Należy zatem rozbić jedność Zachodu i spolaryzować społeczeństwa, co ułatwia dość powszechne w świecie zachodnim poczucie rosnącej nieufności wobec tradycyjnych elit politycznych.  

To tłumaczy pojawienie się narracji, których celem jest uwypuklanie i podsycanie wszelkich konfliktów: nastrojów nacjonalistycznych, antyimigranckich, antyamerykańskich, antyunijnych czy separatystycznych. Im Zachód ma się gorzej, tym lepiej z punktu widzenia interesów Rosji, stąd też nie może dziwić, że wszelkie radykalne siły polityczne w Europie, niezależnie od barw ideologicznych, są przez Rosję wspierane – materialnie i na płaszczyźnie działań informacyjnych. Dodajmy, że rosyjskie sukcesy w tej dziedzinie nie są dziełem przypadku. To w carskiej jeszcze Rosji powstała jedna z najsłynniejszych fałszywek świata, czyli „Protokoły mędrców Syjonu” (do dziś niektórzy wierzą w autentyczność tego dokumentu), to w Związku Radzieckim twórczo rozwinięto koncepcję „działań aktywnych”, obejmujących różnorodne instrumenty, z dezinformacją, manipulacją i działaniami służb specjalnych włącznie. To Stalin mawiał, że z Zachodem nie trzeba walczyć, bo unicestwi się sam, wystarczy mu podsunąć odpowiednie instrumenty. Wreszcie to prezydent Putin wielce ceni Iwana Iljina, filozofa, który twierdził, że nie istnieje wolność, tak jak nie istnieje prawda. 

Wybory do Parlamentu Europejskiego 

W kontekście wyborów do Parlamentu Europejskiego trudno mieć wątpliwości co do intencji Rosji – dąży ona do tego, by znalazło się nim jak najwięcej przedstawicieli ugrupowań, które otwarcie, pośrednio lub nawet nieświadomie (!) sprzyjają Rosji i/lub podzielają rosyjskie narracje. Tego rodzaju ugrupowania istnieją w każdym państwie Unii Europejskiej, także w Polsce, i nie można nie doceniać ich siły. Wedle szacunków prokremlowska koalicja w PE może uzyskać nawet od 150 do 200 miejsc. Prognoza to mało optymistyczna, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że możliwości walki z dezinformacją i manipulacją są dość ograniczone.  

Raport Muellera wykazał, że podczas wyborów w Stanach Zjednoczonych Rosja przeprowadziła szeroko zakrojoną, skomplikowaną i wielowymiarową operację – w jednym państwie, z silnymi mediami i bez prorosyjskich ugrupowań politycznych. W Unii Europejskiej jest kilkadziesiąt państw, z ich narodowymi partykularyzmami oraz z sympatykami Putina, więc pogłębić tu polaryzację będzie łatwiej. Szczególnie, że będzie to efekt długotrwałej i obliczonej na długoplanowe rezultaty strategii. Strategii, w której istotne miejsce zajmują na przykład te siły polityczne, które nie tyle deklarują poparcie dla Rosji (w Polsce takie otwarte deklaracje najpewniej przyniosłyby porażkę wyborczą), co głośno sprzeciwiają się Unii Europejskiej, NATO czy współpracy ze Stanami Zjednoczonymi. To są również te ugrupowania i politycy, którzy popierają NordStream 2 – i znowu, rzecz jasna, nie w Polsce, ale w NiemczechNarracja jest wszak skrojona i przystosowana do konkretnych grup i nastrojów.    

Podsumowanie 

Jak powiedział portugalski noblista José Saramago: „żeby zobaczyć wyspę, trzeba wyspę opuścić”. Przenosząc to na płaszczyznę informacyjną czy psychologiczną, aby móc zobaczyć nasze własne bańki informacyjne, w których funkcjonujemy, powinniśmy z nich wyjść. Jest to proces trudny, nie zawsze zresztą w ogóle możliwy. Jak podkreślają nauczyciele akademiccy i badacze w Polsce, ale nie tylko – nowe pokolenia przychodzące na studia nie mają podstawowej wiedzy jak bezpiecznie korzystać z sieci, jak analizować informacje czy jak krytycznie myśleć. Niestety dla pewnej grupy z nich, która już się ukształtowała poznawczo i w nawykach, może być za późno. Co nie oznacza oczywiście, że nie należy podejmować działań edukacyjnych wobec społeczeństwa, choć im wcześniej, tym lepiej. Widać zresztą, jakie są preferencje wyborcze w grupach najmłodszych wyborców i że są oni elektoratem, który jest szczególnie podatny na narracje, emocje czy manipulacje. 

Przytulność naszych baniek często opiera się na narracjach, które do nas przemówiły. Nawet w finałowym odcinku Gry o tron Tyrion Lannister podzielił się następującą obserwacją: „(co jednoczy ludzi? Armie? Złoto? Flagi? Historie. Nie ma na świecie nic potężniejszego niż dobra historia”. W naszych współczesnych warunkach główny problem polega na tym, że coraz łatwiej te historie/narracje rozprzestrzeniać, nawet jeśli nie mają one zbyt wiele wspólnego z prawdą. Choć są dla nas szkodliwe, opuszczanie swojskiej przestrzeni informacyjnej jest nieprzyjemne. Skutek jest taki, że m.in. przez brak higieny informacyjnej to nie rzeczywistość weryfikuje narracje, ale narracja oddziałuje na postrzeganie i ocenianie rzeczywistości dla tysięcy odbiorców informacji. 

Poza świadomością jak bezpiecznie pracować z informacją, ale i tego, jak wyglądają współczesne zagrożenia informacyjne i psychologiczne, potrzeba nam jeszcze rozwijać naszą samoświadomość. Rozumienie mechaniki naszych własnych błędów poznawczych i praca nad rozwojem zdrowego nawykkrytycznego myślenia, może stać się kognitywnym odpowiednikiem szkieł korekcyjnych, które pomogą nam wyraźniej zobaczyć każdą historię, w tym jej kontekst i skutki. To przecież od nas samych będzie zależało w tych, ale i w każdych kolejnych wyborach, co zechcemy poświęcić dla takiej czy innej historii. Pamiętajmy jednak, że oddziaływania informacyjne i psychologiczne kontynuowane są cały czas, nie tylko raz na cztery czy pięć lat.  

Aleksandra Wilkos, dr Jakub Olchowski, dr Adam Lelonek