KOMENTARZ: Nowe zagrożenia informacyjne dla Polski nie muszą pochodzić z zewnątrz

Środowisko bezpieczeństwa każdego kraju podlega stałej transformacji, a wiele z kluczowych zmian to rzeczy bardziej subtelne, niż spektakularne. Jedną z nich mogą być skutki długotrwałego oddziaływania na przestrzeń informacyjną, ale i na podmioty ją kształtujące, z wykorzystaniem ich własnych podatności. Patrząc na pewne zjawiska zachodzące nad Wisłą zasadnym wydaje się pytanie o stopień rozchwiania polskiego ekosystemu informacyjnego. Trzeba też pamiętać, że kremlowscy propagandyści nie „wymyślają na nowo koła” – korzystają z tego, co jest. Jedna niefortunna wypowiedź polityka może zostać nie tylko wyrwana z kontekstu, ale i wykorzystana przeciwko nam samym.

Mimo rosnącej dynamiki rozwoju badań nad kwestiami bezpieczeństwa informacyjnego w skali globalnej mamy do czynienia ze zjawiskiem ograniczonych możliwości absorbcji specjalistycznej wiedzy na poziomach krajowych i przekuwania jej na skuteczne komunikaty do społeczeństwa. Dziesiątki nowych analiz międzynarodowych instytucji, które opracowywane są każdego tygodnia, w zdecydowanej większości nie trafia do polskiego odbiorcy. Znajduje to swoje odzwierciedlenie w poziomie debaty eksperckiej i publicznej. Jest ku temu wiele przyczyn, jak chociażby ograniczona liczba specjalistów, ale i ograniczone możliwości samych dziennikarzy czy ośrodków badawczych, które nie dysponują odpowiednim budżetem, aby móc skupić się bardziej na tych kwestiach oraz tłumaczyć wybrane prace z różnych języków dla polskiego audytorium. Z kolei kwestia samego zwiększania finansowania nie jest rozwiązaniem, gdyż większość instytucji w Polsce nie dysponuje odpowiednim zapleczem eksperckim, a nie ma programów nauczania, które pomogłyby przygotowywać nowych. 

Nie są to już jednak jedyne problemy, z którymi przychodzi się Polsce mierzyć. Mamy do czynienia z kilkoma niebezpiecznymi tendencjami:

- upolitycznianie kwestii identyfikacji i analizy wewnętrznych i zewnętrznych oddziaływań informacyjnych, w tym ograniczona lub nieistniejąca współpraca instytucjonalna pomiędzy organizacjami o różnych afiliacjach politycznych,
- braki eksperckie na zapleczu partii politycznych w sferze zagrożeń informacyjnych oraz brak monitoringu zagranicznych przestrzeni informacyjnych, który umożliwiałby wczesną detekcję nowych zagrożeń i wrogich działań oraz potencjalnie ich neutralizację,
- wykorzystywanie obszaru bezpieczeństwa informacyjnego do realizacji celów danych organizacji lub środowisk, w tym do budowania własnych przekazów i narracji,
- negatywne rozpraszanie działań różnych podmiotów, przy jednoczesnym braku strategii, koordynacji, współpracy ponadśrodowiskowej i wzajemnej wymiany informacji,
- selektywne finansowanie i zaangażowanie się ze strony państwa w projekty związane z budowaniem odporności społecznej (choć niekoniecznie samo państwo na centralnym poziomie w takich kategoriach rozpatruje projekty związane z popularyzacją krytycznego myślenia, media literacy czy dokumentowania przykładów dezinformacji),
- postępująca polaryzacja środowisk eksperckich i dziennikarskich pracujących z analizą kwestii wojny informacyjnej i psychologicznej na coraz to nowych płaszczyznach, które wykraczają poza kwestie polityczne czy ideologiczne,
- rosnąca liczba niewyprofilowanych podmiotów zajmujących się aktywnym komentowaniem złożonych procesów związanych z oddziaływaniem informacyjnym i psychologicznym powodująca nową kategorię szumu informacyjnego, w którym zamiast spójnych przekazów, terminologii i dostrzegania szerszego kontekstu panuje dowolność i powierzchowność, co de facto zakłóca percepcję zagrożeń na poziomie społecznym. 

Gorące okresy wyborcze zbliżają się nie tylko w Polsce, ale i w państwach bałtyckich czy na Ukrainie. Do tego dochodzi kwestia nowych realiów powyborczych w takich krajach, jak: Austria, Włochy, Szwecja, ale też za oceanem – w Stanach Zjednoczonych. Biorąc pod uwagę główne wektory rosyjskich oddziaływań informacyjnych i psychologicznych nad Wisłą – tj. kwestie historyczne, migracyjne i ideologiczne, można spodziewać się kolejnych prób eskalacji napięć i konfliktów w regionie, mających na celu destabilizację relacji politycznych oraz podważanie sojuszniczych związków i partnerstwa w ramach Unii Europejskiej oraz NATO. Do stałego repertuaru wykorzystane zostaną nowe możliwości i obszary. Biorąc pod uwagę precyzję i zasoby Kremla, dokładnie badane są wszelkie nowe oraz realne, jak i potencjalne problemy i tendencje. Analizy polskiej przestrzeni informacyjnej potwierdzają bowiem, że rosyjskie przekazy do polskiego odbiorcy są silnie skorelowane z bieżącymi wydarzeniami w Polsce i skutecznie wykorzystują wszelkie napięcia społeczne do podgrzewania temperatury sporów politycznych czy złożonych tematów społecznych (migracja, szczepienia, religia, aborcja, historia, geopolityka, antysemityzm, pozycja Polski w UE, stacjonowanie wojsk USA w Polsce, itp.). 

Jak wyglądać może wykorzystanie wypowiedzi polityka do budowania własnej narracji przez stronę rosyjską pokazuje sytuacja z konferencji prasowej Grzegorza Schetyny w Elblągu z dnia 20 września br. Jak cytuje Portal 300Polityka.pl, lider opozycji powiedział:

Chce bardzo wyraźnie powiedzieć. Przedstawiciel naszej koalicji, Koalicji Obywatelskiej wejdzie do MSZ, odwiesimy mały ruch graniczny, wrócimy do normalnych relacji sąsiedzkich, dobrosąsiedzkich między Polską, a Rosją. To jest po prostu potrzebne

Tak z kolei brzmi wpis przewodniczącego Komicji Rady Federacji ds. Polityki Informacyjnej i Współpracy z Mediami Aleksieja Puszkowa, który na Twitterze napisał w niedzielę:

Były minister spraw zagranicznych Schetyna, znany z wystąpień przeciwko Rosji, wezwał Warszawę do ustanowienia normalnych relacji z Moskwą, chociaż sam zrobił wiele, żeby je pogorszyć. Teraz martwi się z powodu utraconych korzyści. Nawet polskim politykom przychodzą do głowy zdrowe myśli.

Innymi słowy, człowiek, który ma ogromny wpływ na rosyjską politykę informacyjną i funkcjonowanie rosyjskich mediów nie tylko wyrywa z kontekstu wypowiedź ważnego polskiego polityka wygłoszoną na poziomie regionalnym, w ramach trwającej kampanii samorządowej, ale i zmienia jej kontekst, pomijając kwestię małego ruchu granicznego i przenosząc środek ciężkości w inne miejsce. Jest to klasyczny przykład działań dezinformacyjnych, polegający na manipulacji informacją. Taką linię przyjęły także czołowe kremlowskie ośrodki propagandowe (w zależności od bieżących potrzeb Kremla taki przekaz teoretycznie mógłby trafić i do mediów nie tylko rosyjskojęzycznych). Problem polega na tym, że wszystko wskazuje na to, iż ten kontekst, który najpierw podchwyciły rosyjskie ośrodki, a który został także wykorzystany przez czynniki oficjalne, trafił do Rosji z polskiej przestrzeni informacyjnej. Innymi słowy treści pojawiające się w polskich mediach mogą każdorazowo zostać zmanipulowane i/lub dostosowane do potrzeb narracyjnych Kremla.

Pokazuje to trzy rzeczy:

1) Aby prowadzić działania dezinformacyjne Rosja nie musi podejmować ich fizycznie na terytorium innego państwa (w tym z wykorzystaniem tzw. agentów wpływu czy oficerów służb specjalnych), ani nawet z wykorzystaniem polskojęzycznych, prorosyjskich quasi-mediów i wcale nie wymagają one zaawansowanych cyberataków czy wykorzystania nowoczesnych technologii, wręcz przeciwnie – może być to klasyczny i najtańszy repertuar z obszaru propagandy,

2) Można oddziaływać nawet na wybory za pomocą celowego, aczkolwiek pokazowego chwalenia lub krytykowania polityków, organizacji czy liderów opinii, co może stanowić amunicję do eskalacji napięć wewnętrznych (pochwała polityka może posłużyć do budowania nowych narracji o jego powiązaniach z Rosją, a krytyka ze strony Kremla do wzmocnienia jego pozycji w kraju), oczywiście przy założeniu, że te przekazy podchwycą media mainstreamowe, co może być znacznie łatwiejsze w okresie podwyższonej temperatury sporów politycznych okresu kampanii wyborczej – przykładem takich działań mogą być wybory w USA i jawne wspieranie Donalda Trumpa przeciwko Hillary Clinton, 

3) Widać wyraźnie jak ważna jest rola mediów i jak ewoluuje odpowiedzialność dziennikarzy w nowych realiach prowadzonych na szeroką skalę operacji informacyjnych – skupiając się na kontekście walki wewnątrzpolitycznej sami możemy stać się katalizatorem niebezpiecznych działań, ułatwiającym pracę wrogim podmiotom, a nawet neutralna informacja może zostać „uzbrojona” i wykorzystana przeciwko Polsce.

Bezpieczeństwo informacyjne, obok cyberbezpieczeństwa, jest jednym z najważniejszych wymiarów niemilitarnych, składających się na bezpieczeństwo państwa. Jego prawdziwe znaczenie ukazało się podczas wyborów w USA, Francji, Niemczech, ale i podczas referendum w Katalonii czy Wielkiej Brytanii. Wykorzystanie mediów społecznościowych jest tylko jednym z narzędzi prowadzenia operacji informacyjnych. W polskich debatach dalej jednak dominuje skupianie się na kwestiach fake newsów, botów, maili i wąskich działań polskiej redakcji kremlowskiego Sputnika. Dalej brakuje analiz na odcinkach finansowym, gospodarczym (zwłaszcza w obszarach infrastruktury krytycznej państwa), personalnym oraz wreszcie funkcjonalnym – czyli jak faktycznie wszystkie z nich są wykorzystywane i do jakich celów (w Polsce, ale i w regionie czy szerzej). Trudno jednak o tym mówić, kiedy do istniejących braków dochodzą nowe problemy na poziomie wewnętrznym. 

Trzeba pamiętać, że zagrożenia informacyjne będą ewoluować. Retrospektywne skupianie się na wcześniej prowadzonych operacjach informacyjnych i psychologicznych jest zasadne, ale walory poznawcze takiego działania, bez rozwijania komponentu prognozowania oraz szerokiej i zaawansowanej współpracy na odcinku cyberbezpieczeństwa i bezpieczeństwa informacyjnego są ograniczone. Na nic zdadzą się jednak najbardziej zaawansowane podejścia badawcze i rozwiązania technologiczne, jeżeli poziom polaryzacji społecznej i sporów personalnych przekroczy masę krytyczną, powodując trwałą destabilizację środowisk eksperckich i/lub elit. Nie trzeba przy tym dodawać, iż jest to zresztą jeden z celów każdego przeciwnika – rozbrojenie atakowanego państwa bez jednego wystrzału.

dr Adam Lelonek